Skocz do zawartości

sikorson

Użytkownicy
  • Zawartość

    13
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Ostatnia wygrana sikorson w dniu 30 Sierpień 2011

Użytkownicy przyznają sikorson punkty reputacji!

Reputacja

2 Neutralny

O sikorson

  • Tytuł
    Rozkręca się

Contact Methods

  • Website URL
    http://sneakersandpointes.blogspot.com/
  1. Poniżej znajduje się jedynie wycinek z bloga tanecznego http://sneakersandpointes.blogspot.com/ dotyczący tego co w temacie. Jeśli chcecie przeczytać więcej relacji, wywiadów i artykułów na temat tańca zapraszam na bloga. (...) umieszczam to czego w artykule w magazynie papierowym wstawić niestety się nie da - mianowicie nagranie podczas, którego Mr Wiggles opowiada o historii hiphopu, oraz odpowiada na pytania uczestników warsztatów (w tym również moje:)) Zapytałem się go o kwestię, którą niejednokrotnie poruszałem już na blogu - rozdział pomiędzy hiphopem, a tak zwanym LA Style. Przekonajcie się sami jaką jeden z prekursorów dzisiejszego hiphopu ma na ten temat opinię. Zanim odpalicie video upewnijcie się, że wiecie kim jest Mr Wiggles, bo jest to wiedza podstawowa, którą każdy tańczący i interesujący się street stylem powinien posiadać. Dodam jeszcze, że poniższe nagranie podzieliłem na dwie części (trwa ponad dwadzieścia minut) i wzbogaciłem i adnotacje linkujące do innych materiałów, więc sprawdźcie czy nie macie ich wyłączonych w ustawieniach. Tyle na dziś, zachęcam was gorąco do zagłębienia się w historię hiphopu z Mr Wigglesem i do poszerzania swojej wiedzy na temat tych gatunków tańca, które najbardziej kochacie.
  2. sikorson

    Interview with Simeon Campbell

    As promised, here comes an itnerview with UK Hiphop dancer - Simeon Campbell. First I gonna publish it in original, then, when I find time to translate I will place it in Polish as well. Sneakers & Pointes: So let's start from scratch. What's your story Simeon? When did you start dancing and why? What did you do before that? Did you have any role models? Did you try any other styles apart from hiphop? Simeon Campbell: I started dancing kind of late actually, i didnt really take dance seriously untill i was 17-18? I was always more of an actor before i stared studying musical theatre a college, where i picked up singing, music, acting and technical dance skills. This is where I have touched in contemporary, ballet, tap and a few specialist styles like flamenco, salsa, samba and capoiera. Because i started dance so late i didn't have many role models at the time, but like everybody else, was in total amazement at Michael Jackson! Sneakers & Pointes: What do you like the most in dance? Simeon Campbell Jheeeeez! ummmm....so much! i wouldnt know where to start! but i think mostly travelling and meeting new people and friends, and how dance is a international language wherever you go!! sharing work with people, and learning from others! But PERFORMING has to be my number 1! Cant get that feeling anywhere else! Sneakers & Pointes: Do you travel a lot doing workshops or you prefer to focus on your dancing rather that teaching? Simeon Campbell To be honest, I've probably spent more time teaching! i would like to concentrate more on being a dancer in some aspects, but i love to teach! i love to share and grow amd of course travel and meet people. Sneakers & Pointes: Hiphop dance is quite wide term right now. To some oldschool cats hiphop is only popping, locking and hiphop dance that you do on battle jams. New school dancers especially those from LA do a hiphop that is very precise, isolated and very often danced to the words or to the beats of a specific song. Which of those elements are the closest to your own style of dance? Simeon Campbell: Hehehehe, i hear you!! For me, ummm i'm much closer to a new skool dancer, i love LA style, and have alot of that influence, i like to play around wit beats and lyrics to specific songs and sometime like to have a detailed routine, or something with lots of isolation! But i do appreciate old school hip-hop, because without it we would have nothing! and wouldnt of been able to evolve into all of this different styles of hip-hop! Sneakers & Pointes: What do you think about hiphop battles and freestyle? Do dancers in UK (or other countries that you had chance to work in) freestyle a lot? Do you freestyle? Simeon Campbell: Freeestyleeeee!!!! :D first of all, i do loveeeee to freestyle!!! the way i work, if i couldnt freestyle, i probably couldnt make my choreography!! I think its such an important thing to have as a dancer, epsecially if you are working professionally, because you can put on the spot at an audtion or anything at anytime!!! And the thing is that people forget is that ANYONE can freestyle! because you cant be wrong!! you are just expressing yourself and what the music is telling you at the time! all u must do is practice enough to be confident in what you are doing! its literally just what you tell yourself in your head!! Dancers in UK do freestyle yes, there is always room for more! But fortunately getting better! especially with the younger generation now. In my opinion the battling scene has always been around here in the UK, but i think in the past few years it has taken a fresh turn with more stykes eing used or even old styles becoming very popular again, like house! In UK you now find Popping battles, Krump battles, Nu Style battles, Hip-hop battles, breaking battles, House battles, Locking battles, Jerkin' battles , waacking battles, vougue battles and many more. Sneakers & Pointes: I know you take part in dance tournaments. Do you dance alone or with your crew? Can you tell us about a competition that was the most important in your career? Are there any new competitons ahead? Simeon Campbell: I dance with my group 'RUTHLESS' and we've been running about 6years now? My most important one was probably my most recent experience which was 'SOULPLEX' in Hannover Germany last month! It was the first time we have left the UK as a Dance crew, and were being judged by some of my idolsin dance such as Jun Quemado, Brian Puspos and more. And i was eager to impress them with our group! it wasnt really about winning, but more making a statement, because we would want to be known as a crew all over the world! At least for now, we gonna break from competitions for a while, get back to training working on material, but performing small showcases around the place to keep us going! Sneakers & Pointes: This last question I ask all the dancers and choreographers that I interview. What would be your advise to young folks in Poland taking first steps on dancefloors. What should they focus on the most? Simeon Campbell: HAHAHA! i get scared at this part, because i never wanna tell kids the wrong thing! looooooool!! I would say, take time to learn your styles! Training is probably one of the most important things as a dancer! Make sure u go to classes, or at least do a jam with people that have experience and learn from those who know their styles well! Więcej o tańcu przeczytacie na http://sneakersandpointes.blogspot.com/
  3. Recenzja pierwotnie pojawiła się na blogu http://sneakersandpointes.blogspot.com poświęconemu tańcu i wszystkim co z nim związane. Żeby być w zgodzie ze słowami wypowiedzianymi przy recenzji filmu Step Up 3D ta recenzja powinna rozpoczynać się identyczną formułką jak tamże. Formułką mówiącą o tym, że film ten normalnym nie jest i według normalnych kryteriów oceniać się go nie powinno. Nie dla normalnych odbiorców został bowiem nakręcony, tylko dla pasjonatów tańca. Tańca w wydaniu You Can Dance i kanału MTV, bardziej niż w wydaniu XIII Wiosny Baletowej i kanału Mezzo. Chociaż może w kilku procentach również i dla nich... Napisawszy te słowa i spełniwszy tym samym warunek konieczny oceny dens filmu, przechodzę do dalszej rozprawki na temat StreetDance'u. I tak sobie myślę... kurcze, czy ten film nie poradziłby sobie przypadkiem BEZ takiego wstępu? O ile Step Up potrzebował handicapu, ponieważ zwykły odbiorca mógłby mieć ataki nudności na widok trójwymiarowych bąbelków na poddaszu lub chwilę konsternacji w momencie zobaczenia strojów 'laserowych' tancerzy w ostatniej scenie, o tyle StreetDance 3D wydaje mi się być całkiem przyzwoitym filmem nawet dla nie tańcomaniaków. Okej, nie mówię, że film stanie na półce obok DVD z kolekcją Woody'ego Allena i filmami braci Coen, ale nie powinien też wywoływać żądania zwrotu pieniędzy za bilet i żalu, że nie poszło się w tym czasie gdzie indziej. Film był porządny. Trzymał się kupy, miał w miarę dopracowaną fabułę, akcję i wyraźnych bohaterów. Ba! Występowały w nim nawet osoby, które naprawdę potrafiły grać co w przypadku takich produkcji jest raczej rzadkością! Świetna Charlotte Rampling grająca Helenę, dyrektorkę szkoły tanecznej Royal Dance School. Osoba idealnie wyniosła, dystyngowana i powściągliwa jak przystało na dyrektorkę szkoły artystycznej (dyrektorka szkoły w serialu Tancerze również nosi na imię Helena – co za zbieg okoliczności:)) Oprócz niej, epizodyczna rola nauczycielki od klasyki - Madame Fleuire, prześmieszna, przerysowana do granic możliwości postać tradycyjnej nauczycielki tańca baletowego nie akceptująca żadnych odstępstw i żadnych zmian w tańcu. A główni bohaterowie? Jak to zwykle bywa w takich filmach. Wybitni tancerze, mocno średni aktorzy. Chociaż i tak, ich gra aktorska wydawała mi się mniej plastikowa niż Barbie i Kena ze Step Up 3D. Może dlatego, że Streetdance 3D jest brytyjski, a przez to bardziej bliski, bo europejski? A może faktycznie byli lepsi? Sam nie wiem. Wiem, że żaden z bohaterów nie irytował mnie szczególnie swoją grą, a wręcz wzbudzali sympatię (bądź antypatię – zły Jay, zły! Niedobry!). Co jeszcze fajnego w StreetDance 3D? Może w końcu coś o tańcu. Taniec w pełni zadowalający. Na najwyższym poziomie, w intensywnej dawce, atrakcyjnej formie no i – co w tego typu filmach nieczęsto spotykane – w większej różnorodności stylów. Główny nacisk, jak sama nazwa filmu wskazuje położony był na style uliczne. Fajnie zaprezentowany został popping, locking, breakdance, newstyle oraz krump podczas tanecznego wykładu grupy głównej bohaterki Carly, uczącej ulicznej kultury tanecznej studentów akademii baletowej. Ale również nie można było narzekać na dawkę tańca modern. Czarnoskóry tancerz współczesny na długo spowodował, wstrzymanie przyjmowania przeze mnie kolejnych porcji popcornu ponieważ moja opadnięta z wrażenia szczęka długo znajdywała się na podłodze. Koleś był niekwestionowanym bogiem tańca, w którym bezgranicznie zakochała się moja współtowarzyszka, postanawiając stworzyć mu ołtarzyk z zapachowymi świeczuszkami zaraz po powrocie do domu. Fakt, że tancerz ten praktycznie nie wypowiedział przez cały film chyba ani jednego słowa dodatkowo dodawał mu uroku, albo nie psuł idealnego wrażenia, które stworzył swoim tańcem. Dobrze przemyślana rola. Co jeszcze... były kicks'y – jak w Step Up. Był brytyjski Moose – jak w Step Up. Były problemy z miejscem do ćwiczeń – jak w Step Up. Nie było na całe szczęście – jak niestety w Step Up – komputerowych, nierealnych, idiotycznych scen w stylu przeskakiwania na jednej ręce pomiędzy umywalkami i futurystyczną battelką w miejskiej toalecie (sic! nie mogę przeboleć tego fragmentu z filmu amerykańskiego). W StreetDance 3D wszystkie sceny tańca były scenami tańca, nie zaś scenami Sci-Fi. Owszem, były pewne ujęcia, zatrzymania akcji i spowolnienia, ale nie animowano tu tancerzy w komputerowym studio jak zawodników w gierkach na PS3, tylko podkreślało fragmenty warte uwiecznienia. Suma summarum, filmik jest naprawdę przyjemny i wart obejrzenia. StreetDance 3D na plakatach posiada rekomendację Michała Piróga i po oglądnięciu filmu uwierzyłem, że jest to rekomendacja całkiem szczera. Osobiście wystawiam więc również temu filmowi rekomendację Sneakers & Pointes i zachęcam do odwiedzenia kin, póki jeszcze w nich leci:) Aha, i jeszcze na sam koniec. Jeden z moich ulubionych momentów filmu, to scena w której uliczne koty Carly stają na przeciwko tancerzom baletowym Królewskiej Akademii. Normalnie uliczno – sceniczna battelka przy drążku:)))) Zblazowane miny zdegustowanych baletnic wyglądały mi nader znajomo, a cwaniackie gesty i cmoknięcia hiphopowców w full capach również jestem w stanie łatwo odnieść do rzeczywistości:D W rodzimej wersji wyobrażam sobie w tej scenie krakowską grupę Yummy Crew, a na przeciw nich tancerki baletowe szkolone pod surowym okiem Wacława Niedźwiedzia:) Cóż to byłby za pojedynek... może w StreetDance 3D 2: Pole(s) Dancing sikorson ...a poniżej fragment filmu z opisywanym powyżej pojedynkiem.
  4. Relacja pierwotnie pojawiła się na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com … dni otwarte i drzwi otwarte. Na oścież. Dla każdego, jak zapowiadali – dużego i małego, starego i młodego. No i faktycznie były otwarte przez prawie cały tydzień. W Białymstoku od 7-12.09.2010 oraz w weekend 11-12.09.2010 w Warszawie. Szczęśliwie udało mi się wyrwać z Krakowa i załapać na te kilka dni intensywnych treningów prowadzonych zarówno przez pierwszy skład FPC czyli Blachę, Kruka, Roofiego, Niecika i Bzygę jak i przez Kwadratów – Simbę, Anitkę, MJ, Krzysia i wielu innych. Studio przy os. 1000 lecia jest naprawdę imponujące szczególnie porównując je do sal krakowskich szkół. W budynku znajdują się dwie szkoły tańca, poza Fair Play'ami – szkoła towarzyskiego – MaxDance. Nie odwiedzałem drugiej części budynku ale już część należąca do FPC to imponujący kawałek przestrzeni. Cztery sale taneczne żółta - duża, czerwona – średnia, znajdują się na parterze. Na piętrze z kolei sala zielona – (względnie) mała oraz sala biała – olbrzymia. W Białym zagościłem już po raz drugi (za pierwszym razem miałem okazję zahaczyć o Studio przy okazji Festiwalu Kalejdoskop w kwietniu tego roku) stąd znajoma mi już była ‘wielkość’ studia. Znajoma była mi również trasa z dworca na os. 1000lecia, na które trafiłem prawie za pierwszym razem, prawie bez przesiadek. Ale co tam. Białystok nie taki duży – długo błądzić się nie da. Można śmiało stwierdzić, że dni otwarte, przebiegały pod hasłem „czym chata bogata tym rada”, ponieważ przybysze ze stron odległych mieli zapewniony dach nad głową za symboliczną kwotę dziesięciu peelenów, oraz nielimitowany dostęp do sal treningowych. Co prawda przyjezdni nie mogli uczestniczyć we wszystkich zajęciach - jak leci - bo gości była całkiem pokaźna liczba, a musiało się również znaleźć miejsce dla miejscowych, ale nie było to na szczęście wielkim kłopotem. W godzinach wczesno popołudniowych organizowane były zajęcia exclusive - właśnie dla najeźdźców. Nie wiem ile nas dokładnie było bo nie dysponuję żadnymi statystykami, ale na oko obstawiałbym liczbę dwadzieścia z czymś. Przy takiej ilości osób przerażająca wydawała się perspektywa oczekiwania w kolejce pod prysznic, który w Studio był tylko jeden (za to kosmiczny przypominający wehikuł czasu z tysiącem pokręteł, guzików, nawiewów i innych buzerów). Perspektywa oczekiwania faktycznie wydawała się bardziej przerażająca niż odwiedziny pobliskiego oddziału Poczty Polskiej (sic!) jednak kolejny raz potwierdziło się, że mam w życiu dużo szczęścia bo ANI RAZU przez te cztery dni nie zdarzyło mi się czekać w kolejce. Dodam, że pozostali tancerze raczej z kabiny korzystali bo rezygnacja z tej czynności byłaby dość łatwo wyczuwalna już dnia drugiego. Nocleg w samym Studio był całkiem komfortowy dla tych, którzy potrafili zadbać o własny interes. Miejsca było bowiem w bród, materacy było zaś kilka. Suma sumarum, spałem zawsze w tym samym przytulnym koncie na wygodnym materacu ze zmieniającymi się co noc niezdecydowanymi co do miejsca koczowania innymi przyjezdnymi. No ale przejdźmy w końcu do najważniejszego, czyli do tańca. Jak prezentował się poziom tych niecodziennych gratisowych warsztatów? Prezentował się zacnie. Style oferowane na zajęciach były bardzo zróżnicowane: newage, hiphop, krump, dancehall, contemporary, jazz, locking, popping, a nawet akrobatyka. Poziom również był bardzo zróżnicowany. Zajęcia podstawowe różniły się od siebie najbardziej – w zależności od upodobań prowadzącego. Niektóre opierały się na książkowym wręcz instruktarzu, którą rękę podnosi się w górę, a którą nogę ugina podczas rozgrzewki, inne opierały na ponad godzinnym ćwiczeniu groove’u (yes! yes! yes! Rany jak mi tego w Krakowie brakuje). Zajęcia średnie i zaawansowane były już tradycyjnymi zajęciami z uczeniem choreografii i tu trudno określić tak naprawdę ich poziom. Jeśli komuś łatwiej wchodzi gangsterka - idealnie odnalazł się na zajęciach Simby, jeśli ktoś woli mocne izolacje – podpasowałyby mu zajęcia Roofiego, jeśli ktoś chciałby wrócić do oldschoolu i zażyć klasycznego hiphop dance wpasowałby się w zajęcia Kruka, Blachy, a także jednej z choreografii Niecika. Generalnie te kilka dni upłynęły nie tyle pod znakiem tańca co praktycznie wyłącznie na tańcu. Studio opuszczałem w zasadzie tylko po to aby zjeść ciepły posiłek na stacji BP lub Orlenu, albo aby uzupełnić płyny w pobliskim markecie. Dwukrotnie wypuściłem się ‘na miasto’ raz za przewodnictwem mojej współlokatorki importowanej z Biełegostoku - GabyHaby, która oprowadziła mnie po tej Perle Podlasia, drugi raz grupowo z najeźdcami przemieściliśmy się na rynek gdzie pod ratuszem Fair Pleje zaprezentowali mini flash mob, który zobaczyć możecie w linku na samym dole (jakość nagrania niestety dość kaprawa). Z tygodnia spędzonego w FPC jestem ogromnie zadowolony i zupełnie nic bym w nich nie zmienił. Dni otwarte serwowane były na takim poziomie, że niczym nie odstawały od normalnych pełnopłatnych warsztatów. Tym bardziej należą się więc FairPlay'om podziękowania za ich zorganizowanie. Mam nadzieję, że udało im się przez tą akcję nie tylko potwierdzić swoją renomę wśród tancerzy przyjezdynych, którzy w pełni wykorzystali darmową okazję do potańczenia (jak na przykład ja), ale również zdobyć nowych lokalnych – Białostockich i Warszawskich adeptów tańca na sezon 2010/2011. sikorson
  5. sikorson

    "Gdańsk dźwiga muzę 2010" - fotorelacja.

    I jeszcze jedna relacja tego samego wydarzenia... http://sneakersandpointes.blogspot.com/2010/09/mtv-gdansk-dzwiga-muze-2010.html
  6. sikorson

    Buddha Stretch Street Styles DVD - recenzja

    @Zola Nie wiem jak nazywa się płytka Greena. Wiem tylko, że coś ze sobą ma, bo znajoma napisała mi, że zamierza od niego kupić DVD:) @Kostuch Z hiphopem jest ten problem, że jego twórcy wciąż żyją, a jego historia nie została jeszcze solidnie spisana i udokumentowana, jak to jest np ze współczesnym. Tam nikt nie będzie się kłócił kto zapoczątkował taniec modern i jakie są jego główne zasady. W przypadku hiphopu ciągle jeszcze jest tak, że ilu prekursorów tyle wersji. A jak jeszcze dodamy do tego (szczególnie ryzykowną na tym forum:)) dyskusję czy new style to hiphop czy nie to do jakichś wspólnych i ujednoliconych wniosków jeszcze daleka droga.
  7. sikorson

    Buddha Stretch Street Styles DVD - recenzja

    W tym tygodniu (do jutra bodajże) w Warszawie warsztaty prowadzi Brian Green. Nie ma mnie na nich niestety, ale może uda mi się dorwać jego autorski film na temat hiphopu. Mógłbym wtedy porównać jego perspektywę z perspektywą EFC:)
  8. Recenzja pierwotnie pojawiła się w Trendy Magazyn 07-8/2010, a później na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com Buddha Stretch Street Styles DVD - czyli o tym jak wiedza z zakresu Street Dance i Funk Styles powoli dociera z za oceanu na nadwiślański grunt. Impuls Na zakup filmu i ściągnięcie go sobie prosto z NYC siedzimy głównej Elite Force Crew zdecydowałem się aby podnieść swój poziom wiedzy z zakresu hiphopu. Wiedzy póki co dość podstawowej i wybiórczej ale również, niestety wiedzy o poziomie charakterystycznym dla większości sezonowych entuzjastów tańca hiphop w Polsce. Ci, którzy style uliczne taneczne praktykują od wielu lat i podchodzą do tego poważnie - z szacunku do tańca, a także z potrzeby zdobycia wiedzy elementarnej różnymi metodami i środkami swoją wiedzę rozbudowują. Głównie poprzez Internet, strony takie jak break.pl wywiady na youtube itp. Swoje braki edukacyjne uświadomiłem sobie najpierw podczas kwietniowych warsztatów Ragga Jam (po szczegóły odsuwam do majowych Trendów), następnie podczas dyskusji ze znajomymi - zagorzałymi zwolennikami poppingu, lockingu i street dance’u, którzy chóralnie i indywidualnie wbijali mi do głowy, że newstyle to nie hiphop, że new age to nie hiphop, że LA nie tańczy hiphopu itd. itp. Okej - pomyślałem – nie chcę być tanecznym analfabetą, czas rozbudować swoją wiedzę, aby w kolejnych dyskusjach móc swoje argumenty podpierać nie tylko siłą głosu oraz rozbudowaną gestykulacją. Jeśli szukać wiedzy, najlepiej to robić u źródła. Jeśli poznawać historię street dance’u to tylko w NYC… okej, kolebką street styles jest w prawdzie LA, podczas gdy w NYC powstał b-boying, ale w Nowym Jorku rezyduje Elite Force Crew czyli Buddha Stretch, Henry Link, Bobby Milage oraz Brooklyn Terry, a to właśnie oni byli pierwszymi, którzy użyli zwrotu hiphop aby nazwać taniec, amerykańskich klubów i osiedli. Akcja Po wejściu na stronę http://eliteforcecrew.com/ wybrałem z katalogu płytkę Buddha Stretch Street Styles aby po blisko miesiącu odebrać ją z placówki Poczty Polskiej. Odzierając płytę z kartonowego zabezpieczenia przesyłki pomyślałem, że lepiej aby powiedzenie o książce i okładce nie sprawdziło się w tym konkretnym przypadku. Jeśli bowiem miałbym oceniać płytę Street Styles po jej wyglądzie i wykonaniu ocena byłaby co najwyżej mierna. Okładka wydrukowana na papierze ksero, wierzchnia strona płyty wytłoczona na słabej jakości drukarce do DVD, której powstydziliby się nawet wystawcy z byłego już Stadionu 1000lecia. Ojojoj, widać, że albo prekursorzy hiphopu nie zarobili jakichś wielkich kokosów na postawieniu kamieni węgielnych gatunku, albo budżet na produkcję materiałów promocyjnych wolą przeznaczyć na benzynę do swoich Bentley'ów i Escalade'ów. Ale nic to, ważne jest przecież wnętrze... Odpaliłem więc płytkę. OK, jest menu, jest wybór scen, nie jest tak źle. Jedziemy więc dalej. Pierwsze sceny filmu to prezentacja zdjęć z domowego albumu Stretcha. Trudno powiedzieć kim są poszczególne osoby na zdjęciach bo nie ma do nich ani podpisów ani komentarza, można się jednak domyśleć, że są osoby, które najsilniej wpłynęły na jego życie i karierę. Zdjęcia przeplecione zostały historycznymi nagraniami skonwertowanymi na dvd z prastarych już VHSów, a co za tym idzie jakość dźwięku i obrazu jest czasami okrutnie słaba. Potęguje to jednak efekt realizmu tego filmu i zwiększa jego wartość kolekcjonerską. Widać bowiem, że nie jest to produkcja wysokobudżetowa, a typowy homemade stworzony przez entuzjastę dla entuzjastów. A raczej przez prekursora dla potomnych. Następna scena to Stretch w wywiadzie z 1992 roku opowiadający na pytanie na temat swoich największych inspiracji, i wzorów. Dziwnym nie jest, że na pierwszym miejscu pojawia się program Soul Train, program telewizyjny przed, którym w latach siedemdziesiątych zasiadał chyba każdy czarnoskóry mieszkaniec Stanów Zjednoczonych. Na drugim miejscu pojawiają się Shields i Yarnell czyli para mimów, których umiejętności ruchowe, rzeczywiście były niesamowite. Na pierwszy rzut oka odgadnąć można, że korzenie lockingu to właśnie program Soul Train, na popping z kolei ogromny wpływ mieli właśnie Shields i Yarnell. Film podzielony jest na części. Każda z nich dotyczy określonego tańca z rodziny street styles. Locking, popping, house i hiphop dance. Przy każdej z nich dowiedzieć się możemy, skąd dany taniec się wziął, z czego wynikał i jakie osoby były obecne przy jego powstaniu. Nie chcę opowiadać scena po scenie całego filmu bo nie miałoby to większego sensu. Ten film po prostu trzeba zobaczyć jeśli chce się poznać czym jest hiphop czym jest street dance i czym są funk styles. To półamatorskie DVD to kopalnia informacji o tańcu ulicznym, skondensowana wiedza w pigułce, którą warto przełknąć wpuszczając w krwiobieg, aby zaowocowała większą świadomością taneczną. W filmie pojawia się tona ważnych nazwisk, haseł, pojęć i wydarzeń, do których zapamiętania nie wystarczy jednorazowe obejrzenie filmu. Lockerzy usłyszą samego Dona Campbella, Ruffusa Thomasa, Toni Basil, poperzy usłyszą o Damicie Jo Freeman, młodym M.J. (tak, tym M.J), hiphopowcy obejrzą prześmieszną nagrywkę podczas, której Mr Wiggles tłumaczy jak w latach 70tych tańczyło się w klubach, aby odpowiednio się przylansować, nie onieśmielająć przy tym niepotrzebnie tańczących z nami dziewczyn. „You always flow with the girl! Make sure you don't get the female unconfortable.” Rewelacja, no i wciąż aktualne;P Reakcja Podsumowując. Cały film zmontowany jest ze starych nagrań, wywiadów i teledysków wzbogacony nowymi materiałami przygotowanymi na potrzeby filmu – głównie videoprezentacją kroków tanecznych (locking, popping, house, hiphop vocabulary). Ten dodatek to niesamowicie cenna sprawa bo o ile w necie można dogrzebać się słowniczka kroków street dance’owych, o tyle zebranie ich wszystkich w jednym miejscu i wykonywanych przez samego twórcę gatunku to już nie lada gratka. Film różni się bardzo od innego dokumentu poświęconego tańcu ulicznemu Rize – opowiadającego historię Krump'u. Jeden został nakręcony przez profesjonalistę Davida LaChapelle, drugi przez naturszczyka – Stretcha. Jeden i drugi jest jednak zdecydowanie wart obejrzenia i jeden i drugi warto mieć w swej kolekcji jeśli taniec uliczny to twoja rzecz. sikorson
  9. Recenzja pierwotnie pojawiła się na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com Zanim zacznie się wystawiać ocenę filmowi Step Up 3D (lub każdemu innemu klonowi Step up’a, których powstało już całkiem sporo) trzeba wziąć jedną poprawkę. To nie jest normalny film. To nie jest film dla przeciętnego zjadacza popcornu. Nie jest to też film dla konesera kina. To jest film o tańcu, dla osób, które taniec kochają. Nic więcej, nic mniej. OK., może jeszcze trochę więcej - chodzi dokładnie o miłośników hiphopu i to bardziej tego komercyjnego tudzież LA Style’owego, niż fanów lockingu czy poppingu. Zwolennicy modernu, klasyki czy tańca współczesnego raczej potraktują ten film surowo i obejdą go szerokim łukiem wraz z innymi przeciętnymi widzami, nie rozumiejącymi skąd wokół filmu cały ten hype. Mając na uwadze powyższe, można przejść do podsumowania filmu, nie rozdrabniając się już wtedy na prostej jak budowa cepa fabule, i ckliwych dialogach (najbardziej pasuje mi tu angielskie słowo cheesy, dla którego nie mogę niestety znaleźć idealnego odpowiednika). Nie dialogi i nie fabuła są wartością tego filmu i nie na dialogi i fabułę widz idzie do kina. Do kina idziemy po to (przynajmniej Ci świadomi widzowie, nie zaciągnięci na siłę przez swoją drugą połówkę) aby zobaczyć taniec w dawce XXL i w wykonaniu powodującym niekontrolowany opad szczęki. I te wymogi film spełnia w 100%. Ale co nowego zobaczymy w Step Up 3D czego nie widzieliśmy już wcześniej? Czy jest jeszcze coś czego nie pokazały poprzednie części? Czy poza trójwymiarowością, którą zdradza już literka Dy przy cyferce 3 pojawi się coś jeszcze? Oczywiście, że tak. Film pełen jest niesamowitych i nierealnych (tak, tak, momentami niestety zbyt nierealnych) scen tanecznych, oraz różnego rodzaju smaczków, które docelowy odbiorca przyjmie z otwartymi ramionami. Battelki zostały podrasowane (czasem przerysowane) do granic możliwości. Wszystkie scenerie – klubowy parkiet, sale do ćwiczeń, loft w którym tancerze mieszkają wyglądają jak pomieszczenia, ze snów młodego tancerza. Sala do ćwiczenia akrobacji i poddasze do parkoura może wywołać rozmarzone westchnienie. Ściana grająca stworzona z dziesiątek najróżniejszych boomboxów to po prostu najlepszy system grający wszechczasów. Inna sprawa, w jaki sposób miałoby to niby grać, ale nie będę się czepiał. Step up to w końcu taneczna bajka. No właśnie. O ile poprzednie części ocierały się jeszcze o realizm, o tyle ta część przypomina mi już nieco połączenie filmów kung fu z produkcjami science fiction. Trochę jakby zmontować ‘Przyczajonego Tygrysa i Ukrytego Smoka’ z ‘Atakiem Klonów’ i kazać wszystkim bohaterom tańczyć do tłustych bitów Flo Ride’y i Swizz Beatza. Nie wiem za bardzo po co to. Przecież umiejętności tancerzy w tym filmie są już na tyle kosmiczne, że nie trzeba przyspieszać ich ruchów, dopieszczać ich komputerowo i kazać podskakiwać na jednej ręce po umywalkach w publicznych toaletach(yeah, right!). To chyba krok w stronę chłopaków, których dziewczyny zaciągnęły siłą na ten film. Dla każdego coś miłego – ona poogląda sobie taniec, on walki taneczne rodem z konsolowych naparzanek. Na tym liczba atrakcji się nie kończy. Mnie szczególnie przypadły do gustu dwa filmowe smaczki. Pierwszy to scena ze ścianą pełną sneakersów. Goddamit! Istny ołtarz. Dla sneaker freak’ów, do których chcąc nie chcąc się zaliczam, setki unikalnych Dunków, Superstarów, Jordanów czy Air Force One’ów w jednym miejscu to istne szaleństwo. Producenci wiedzieli co robią. Nike wiedział również umieszczając swoje buty w pierwszej i ostatniej scenie filmu. Swoją drogą, ciekawe ile zapłacili producentom za to, że te najbardziej pożądane buty filmu były właśnie Dunk’ami, a nie Adidasami. Ot, marketingowa dygresja. Druga scena, za którą producentom należą się wielkie brawa, była ukłonem w kierunku klasycznych musicali z Fred’em Astairem, Gene Kellym czy Debbie Reynolds. Scena w której Moose wraz z Camille przemieszcza się po ulicy tanecznym krokiem to remake sceny musicalu ‘Roberta’ z 1935 roku (!), w której to właśnie Fred Astaire stepował wraz z Ginger Rogers przy akompaniamencie orkiestry wykonującej piosenkę ‘I won’t dance’. W Step Up 3D wersja ta jest trochę unowocześniona przez grupę District 78. Jest to naprawdę miły i mądry akcent w filmie, bo może uświadomić młodym roztańczonym, że taniec nie pojawił się nagle po programie You Can Dance i Tańcu z Gwiazdami i sięga nawet dalej w przeszłość niż prastare Dirty Dancing i przedpotopowe Saturday Night Fever. Podsumowując, film jest jak znalazł dla tej konkretnej grupy osób, które wiedzą po co chcą na niego iść. Grupy, która nie będzie się czepiać plastikowości głównego bohatera wyglądającego jak zafoliowany Action Man ze sklepowej półki. Będą za to ekscytować się obecnością Twitch’a z SYTYCD 4 i Legacy z edycji 6tej. Nie będą zastanawiać się nad logiką filmu i rozważać jakim cudem główny bohater nigdy nie widział na oczy siostry swojego najlepszego przyjaciela. Będą za to podziwiać scenę tanecznego starcia dwóch rywali. Jeśli wybierasz się na ten film świadomie, spodoba Ci się na pewno. Jeśli idziesz przypadkiem albo idziesz bo musisz, zaopatrz się w duże wiadro popcornu albo skup na partnerce bo film raczej nie trafi do twojej Top listy. sikorson
  10. sikorson

    RIZE

    Recenzja pierwotnie pojawiła się na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com Rize to pierwszy film dokumentalny na temat bardzo charakterystycznego i kontrowersyjnego gatunku tańca jakim niewątpliwie jest Krump. Film wyreżyserowany został przez amerykańskiego artystę Davida LaChapelle znanego głównie ze swoich osiągnięć w dziedzinie fotografii i mody. LaChapelle w filmie Rize przenosi widza do najbiedniejszych i najniebezpieczniejszych dzielnic zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych - miejsca które już nie po raz pierwszy stało się kolebkom nowych ulicznych gatunków tanecznych. Krump bardzo daleki jest od tańca w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Dla kogoś dla kogo taniec kojarzy się z Tańcem z Gwiazdami, Polonezem na Maturze bądź tańcami 'na dwa' w okolicznych dancingach przy pierwszym spotkaniu z krumpem mógłby sądzić, że ma do czynienia z osobą opętaną przez szatana, lub w najlepszym wypadku mocno poirytowaną i w sposób ekspansywny wyładowującą stres. Krump bowiem na pierwszy rzut oka wygląda jak plemienne zagrzewanie się do walki polegające na podskakiwaniu w miejscu, szybkim kurczeniu i rozkurczaniu mięśni i systematycznym poruszaniu klatki piersiowej. Gdy podczas sesji krump bierze udział dwóch uczestników takie spotkanie, a dokładnie krump \ labb session gdyby przyrównać ją do zjawiska znanego z natury najbardziej przypomina walkę kogotów. Żeby jednak bardziej zgłębić filozofię krumpu, poznać jego podstawy, dowiedzieć się skąd wziął się ten taniec i czy faktycznie jest powiązany z agresją i walką, należy sięgnąć po film Rize. Dokument ten nie dość, że w ciekawy sposób pokazuje historie krumpu to również dzięki temu, że za kamerą stanął prawdziwy artysta, pokazuje niezwykle ciekawe ujęcia, obrazy i sceny, które zadziwiają oko odbiorcy. Film Rize polecam wszystkim, którzy lubią dowiedzieć się czegoś więcej na temat dość alternatywnych form tańca, interesują się kulturą afroamerykanów lub poprostu znają prace Davida LaChapelle i doceniają jego kunszt artystyczny. Film jak na dokument ogląda się całkiem dobrze, a przedstawienie historii różnych autentycznych osób w nim przedstawionych pozwala na emocjonalne odniesienie się do niektórych scen i sytuacji. Film oglądałem dwukrotnie i jestem pewien, że jeszcze kiedyś do niego wrócę, choćby przy okazji zbliżających się warsztatów Krump. sikorson
  11. Wywiad pierwotnie pojawił się w Trendy Magazyn 06/2010, a później na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com Antoni Sikora: Jednym z najbardziej oczywistych i najczęściej powtarzających się pytań również wśród uczestników warsztatów jest pytanie czym jest Ragga Jam i czym różni się od Dancehallu jeśli w ogóle Laure Courtellemont: Ragga Jam wywodzi się od 'reggae dancehall'. Afrojamajskiego street dance, przystosowanego do nauczania. Inspiracją dla stylu były ruchy wywodzące się z tańców afrykańskich oraz reggae. Ragga Jam jest tym, w jaki sposób postrzegam i wyrażam kulturę reggae dancehall, tworząc choreografie i jednocześnie zachowując autentyczność i esencję tego tańca. Poza samym tańcem poprzez Ragga Jam chcę przekazać również ogromny szacunek jakim darzę kulturę jamajską. Antoni Sikora: Ale czy nie łatwiej byłoby jednak nazwać twój gatunek np. Ragga Dancehall? Gatunek mniej więcej od początku tego milenium zyskuje ogromną popularność na świecie między innymi dzięki takim artystom jak Beenie Man, Elephant Man czy Sean Paul? Laure Courtellemont:: Nie, ponieważ nie pozwalają mi na to wartości, które są dla mnie tak istotne. Nie mam prawa do używania nazwy dancehall ponieważ nie urodziłam się na jamajce, mój kolor skóry nie jest czarny, ta muzyka nie była tworzona przez moich przodków. Powtarzam, ragga i kultura jamajska to wartości bardzo mi bliskie, szanowane i podziwiane przeze mnie, jednak nie wywodzę się z nich. Używanie nazwy stworzonej przez inną kulturą byłoby zwykła kradzieżą i brakiem poszanowania. Druga rzecz to, aby używać jakiejś nazwy trzeba być świadomym odpowiedzialności jaką się na siebie bierze. Jeśli decydujesz się uczyć innych ludzi jednocześnie uznajesz się za eksperta w danym temacie. Ja biorę pełną odpowiedzialność za Ragga Jam, bo sama ten gatunek stworzyłam. Dancehall to kultura bardzo głęboka i obszerna. W ragga jam nie wykorzystuję wszystkich elementów w niej występujących. Antoni Sikora: Jakich na przykład? Laure Courtellemont: Dancehall jest stylem bardzo seksualnym dla europejczyka może wydawać się wręcz wyuzdany. Wiele elementów wykonywanych w jamajskich klubach wygląda często jak dwie osoby uprawiające seks w miejscu publicznym. Dla nas to gorszące dla nich jest to zupełnie normalne. Musisz zrozumieć, ja w pełni zdaje sobie, że tego typu ruchy są nieodłącznych elementem kultury ragga dancehall, jednak nie są one bliskie mojej wizji świata i moim przekonaniom. Szanuję je jednak, w ragga jam takich elementów nie znajdziesz. Antoni Sikora: No tak, ale przecież każdy wie, że seks się sprzedaje. Wystarczy spojrzeć na losowo wybrany teledysk w MTV. Czy miałaś w swojej karierze sytuacje, w których jako choreograf jamajskiego stylu tańca zostałaś poproszona o stworzenie układów takich o których wspominasz wyżej? Laure Courtellemont: Oczywiście. Kilka lat temu poproszono mnie o przygotowanie choreografii do teledysku francuskiej grupy muzycznej. Zgodziłam się dając warunek, że sama ustalam ubrania, w których wystąpią tancerki. Producent początkowo się nie zgodził, jednak po tym jak zauważył, że nie pójdę w tej kwestii na ustępstwa wyraził zgodę. Przygotowałam więc choreografię godząc się na ubranie dziewczyn w seksowne topy jednak nie pozwalając na świecenie gołymi tyłkami w moim układzie. Kiedy zobaczyłam końcowy efekt w postaci videoclipu doznałam szoku. Producent zgodnie z umową wykorzystał mój układ i moje tancerki płacąc nam za to umówioną stawkę. Jednak postawił również na swoim do innych scen wykorzystując dziewczyny które w skąpych mini prężyły się przy samochodzie obmywając go pieniącymi się gąbkami kręcąc przy tym tyłkami na wszystkie strony. My postawiłyśmy na swoim i dostałyśmy za to pieniądze. One prawie nagie wdzięczyły się przed kamerą za darmo. Smutne. Antoni Sikora: W swojej wieloletniej karierze choreografa spotkałaś się pewnie z wieloma tego typu trudnymi wyborami lub sytuacjami, w których musiałaś udowodnić swoje przekonania i zasady. Laure Courtellemont: Owszem, sytuacji takich było i pewnie jeszcze będzie miało miejsce całkiem sporo. Jedna z takich historii, która utkwiła mi w pamięci to czas kiedy pojawiłam się w studio Broadway Dance Center w Nowym Jorku gdzie miałam prowadzić zajęcia z ragga jam. Biała kobieta ucząca gatunku tańca pochodzącego z Jamajki wygląda, bardzo podejrzanie. Rozumiem to w pełni, dlatego tym bardziej staram się udowadniać, że kulturę tą traktuję z powagą i szacunkiem. W studio BDC podeszła do mnie czarnoskóra choreografka o imieniu Luam i z dużą podejrzliwością zapytała mnie czy to ja jestem tą kobietą, która uczy dancehallu. Odpowiedziałam, że tak, powiedziałam w jakich godzinach prowadzę zajęcia i zaprosiłam aby przyszła obejrzeć. W podanym terminie Luam pojawiła się i obserwowała z boku przebieg lekcji. Po zajęciach podeszła do mnie i zaproponowała mi prowadzenie za nią zastępstwa w następnym tygodniu kiedy nie mogła być obecna. Zaufała mi, co znaczyło dla mnie niesamowicie dużo. Po pewnym czasie jednym z efektem mojej pracy w BDC było stworzenie wraz z Luam wspólnej choreografii Ragga Jam, którą Luam umieściła na swoim profilu na kanale Youtube. Wiem, że jeszcze nie raz będę miała sytuację kiedy będę musiała udowadniać moje kompetencje i mój stosunek i wiedzę o kulturze tańca, który uprawiam, ale wiem, że tak powinno być i zgadzam się na to w pełni. Antoni Sikora: Ragga jam prezentowałaś i nauczałaś w niezliczonej ilości krajów, poznałaś już więc ogromną liczbę tancerzy z różnych stron świata. Czy zauważasz jakieś różnice pomiedzy tancerzami ze Stanów, z Francji, Niemiec, Hiszpanii, a między tymi z Polski? Laure Courtellemont: Tak, oczywiście! Są kraje w których taniec to nierozłączna część kultury (Brazylia), i ludzie nie martwią się tam o swoje ciała. Słońce i plaża! Całkowita wolność! Szczęście! Są też kraje, w których taniec traktowany jest jako PRAWDZIWA praca i szanowana forma aktywności. Takie kraje to na przykład USA. Inne mają tak zimny klimat i pogodę, że stosunek do własnych ciał jest w tych krajach dużo bardziej nieśmiały, wstydliwy. Nawet jeśli widać w nich wielką motywację to jednak podróż dla takiego tancerza aby dotrzeć do DANCEHALLU jest bardzo długa i trudna. Polska to kraj wybuchowy… i wyczuwalna jest tu ogromna chęć poznawania i uczenia się. To jest wspaniałe i bardzo przyjemne. Polskim tancerzom potrzebna jest większa wiedza, zdobycie większej ilości informacji o tańcu, a później… to będzie doskonałe miejsce do tańczenia. Uwielbiam uczyć w Warszawie ze względu na olbrzymią uprzejmość i szacunek jaką Polscy tancerze dają w zamian za to co otrzymują od nauczyciela. Antoni Sikora: Na koniec chciałbym zapytać o jakieś wskazówki lub porady dla młodych tancerzy w Polsce. Co robić i jak aby z dnia na dzień stawać się coraz lepszym i jak osiągnąć sukces w tańcu? [i would like to ask you for any guidelines or advice for young dancers in Poland? What to do to become better and better every day and how to achieve success in dance? Laure Courtellemont: SŁUCHAJCIE MUZYKI! To podstawa! Muzyka jest kluczem I to muzyka tworzy taniec. MUZYKA KAŻDEGO DNIA!!!! Wywiad nie powstałby bez pomocy nieocenionej Agnieszki Boty, która usilnie i wytrwale stara się wprowadzić Ragga Jam na Polskie parkiety:)
  12. Relacja pierwotnie pojawiła się na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com Pod koniec marca w Białymstoku odbyła się siódma już edycja Festiwalu Tańca Współczesnego Kalejdoskop organizowana przez Studio Działań Kreatywnych DanceOFFnia. Główną tematyką festiwalu był taniec współczesny jednak poza samym tańcem Kalejdoskop oferował również inne formy artystycznej realizacji takie jak teatr, fotografia czy rysunek. Po czterech intensywnych dniach przekonałem się, że warto było przyjechać do Białegostoku z drugiego końca Polski i wziąć udział w tym wyjątkowym przedsięwzięciu. Poloneza czas zacząć... Już od pierwszego dnia Festiwal oferował swoim uczestnikom pełną gamę warsztatów w zależności od upodobań twórczych. Dla amatorów tańca były więc warsztaty ze światowej renomy tancerzami i choreografami, którzy specjalnie na Festiwal Kalejdoskop przybyli z różnych stron świata. Była więc Ida Jousmaki z Finlandii, Dymitr Kurakułow z Białorusi, Takako Matsuda z Japonii. Z naszego rodzinnego kraju do Białegostoku przybyli dwaj choreografiowie w swojej karierze współtworzący między innymi Śląski Teatr Tańca – Anna Krysiak i Eryk Makohon, a także Anna Piotrowska reżyser, choreograf, założyciel Teatru Tańca 'Mufmi', oraz Anna Steller tancerka i performerka związnana z Gdańskim Teatrem Dada von Bzudlow. Poza tańcem festiwal umożliwiał również poszerzenie swoich umiejętności twórczych w zakresie fotografii z Jakubem Wittchenem oraz rysunku z Bogdanem Marszeniukiem. Dla tych, którzy chcieli po prostu dowiedzieć się czegoś na temat sztuki współczesnej festiwal oferował wykłady Julii Hoczyk teatrologa z Akademii Teatralnej Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Litry potu czas przelać.. . Jako, że z oferowanych form realizacji twórczej zdecydowanie hołduje tańcowi wszystkie warsztaty, w których miałem okazję wziąć udział były właśnie warsztatami tanecznymi. Wybór jak pisałem powyżej miałem całkiem spory jak na 4 dniowy festiwal jednak wyboru \ selekcji faktycznie dokonać musiałem. Nie było możliwości skorzystania z zajęć wszystkich choreografów gdyż aby uchwycić wszystkie sroki za ogon musiałbym się rozdwoić lub roztroić. Ale ten dylemat towarzyszy mi akurat przy większości warsztatów więc po kilku ciężkich westchnieniach dokonałem wyboru. Miałem więc okazję pobrać lekcji u Anny Krysiak, Takako Matsudy, Idy Jousmaki i Dymitra Kurakułowa. Wybór w pełni zadowalający i po 4 dniach mogłem z satysfakcją poklepać się po obolałym z wysiłku ramieniu. Czterech choregrafów pokazało jak bardzo różnić się może taniec współczesny i jak szeroką, obszerną i rozwijającą się dziedziną jest. O ile zajęcia z Anną Krysiak dały mi dokładnie to czego oczekiwałem (taniec fizyczny jest mi już znany dzięki Tomkowi Wesołowskiemu, który kilka miesięcy temu wprowadził się do mojego miasta), o tyle zajęcia z Dymitrem Kurakułowem i Takako Matsudą były czymś czego nie miałem jeszcze okazji wcześniej doświadczyć. Zaawansowane zajęcia z Dymitrem uświadomiły mi jak długa i ciężka jest droga tancerza do osiągnięcia perfekcji w tańcu. Elementy, które przerabialiśmy były momentami tak piekielnie trudne (koordynacja + prędkość + akrobatyka), że gdyby nie to, że musiałem ich wciąż używać w kombinacjach ręce na pewno by mi opadły. Jednak, zaciskając zęby, nie poddałem się, aż do końca. Zajęcia z Takako, z kolei początkowo przyprawiły mnie o stan balansujący między rozczarowaniem, a osłupieniem. Przez pierwsze 10 minut zajęć wraz z innymi uczestnikami spoglądaliśmy na koniuszki swoich palców wykonując nimi mikroruchy, następnie poruszaliśmy paliczkami, całymi palcami, nadgarstkami, ramionami i tak, dalej i tak dalej nie przestając ruszać wszystkimi poprzednimi elementami ciała. Ci którzy spodziewali się, zajęć z tańca butoh nie byli zawiedzeni, Ci którzy – jak ja – nie mieli czym Butoh jest mogli być zawiedzeni. Na szczęście jak się okazało, byłem tam chyba jedynym laikiem więc warsztaty spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Sam, pomimo że nie odnajduję się zupełnie w takiej formie ruchu, obserwując Takako na zajęciach miałem podejrzenia, że jej spektakl będzie czymś bardzo ciekawym. I nie pomyliłem się - ze wszystkich pokazów, które miałem szansę zobaczyć Letter from Lady L w wykonaniu Takako Matsudy zrobił na mnie największe wrażenie. Zresztą nie na mnie jedynym. Jeśli oceniać entuzjazm publiczności według najbardziej oczywistego kryterium – ilości braw, etiuda taneczna w wykonaniu japońskiej artystki zdobyła najliczniejsze grono zachwyconych odbiorców. Na własne oczy zobaczyć... No właśnie, zobaczyć można było bardzo wiele. Każdego dnia Festiwal oferował swym uczestnikom przynajmniej po dwa spektakle taneczne. Jak już wspomniałem, nie miałem niestety okazji uczestniczyć w pierwszym dniu Festiwalu więc spektakle... (i w tym momencie dałem niestety ciała, bo zawiesiłem pisanie tego tekstu na kilka tygodni, a teraz kiedy do niego wróciłem moja pamięć nie jest już niestety tak świeża jak zaraz po powrocie z Białegostoku. Echhh, lecytyno! dnia pierwszego po prostu mnie ominęły;) Dni kolejne zaoferowały mi z kolei cztery przedstawienia bardzo różne pod każdym względem – chyba też dzięki temu każdy z nich zapamiętałem. Projekt Anny Piotrowskiej był dla mnie tak abstrakcyjny, że nie jestem w stanie (albo nie chcę) na jego temat zbyt wiele powiedzieć. Pozostawił mnie z refleksją kumulującą się w trzyliterowym skrócie WTF tudzież spolszczonej wersji OCB. Podobnie jak z filmów Davida Lyncha nie wiele zrozumiałem – filmy Lyncha mają jednak klimat grozy. W tym przypadku nie byłem w stanie określić klimatu. Projekt Dymitra był dla mnie kwintesencją tańca w czystej formie i dowodem na to, że tancerze ze wschodu są niedoścignionymi mistrzami techniki. Projekt Anny Steller był bardzo ciekawy ale równie jak ciekawy – męczący. W spektaklu brały udział dwie osoby – Anna oraz Jacek Krawczyk a całe przedstawienie polegało na przemieszczaniu się tych dwóch postaci z jednego konta sceny w drugi. Tyle. Oczywiście projekt miał głębszy sens, formę oraz treść i pomimo, że w poprzednim zdaniu mocno ubanalniłem jego koncepcję, to jednak wymagał od aktorów – tancerzy, solidnego warsztatu, przygotowania i wysiłku. Tancerze poruszali się bowiem z niemalże geometryczną precyzją (nie wiem czy istnieje coś takiego jak geometryczną precyzja) w sposób przemyślany, minimalistyczny i ascetyczny. Dodatkiem uzupełniającym minimalizm ruchowy był minimalizm muzyczny – a dokładnie rzecz biorąc dźwięki dochodzące z głośników przez 40 minut trwania przedstawienia – dźwięki jak sama artystka przyznała nagranego pisku huśtawki czy nienaoliwionej furtki. Gdyby spektakl trwał 10 minut byłbym jego wielkim entuzjastą. Przy 40 doceniam po prostu pomysł i kunszt wykonania i zamykam tę furtkę za sobą. Projekt, który chciałbym obejrzeć jeszcze nie jeden raz, to wspomniany już wcześniej występ Takako Matsudy z etiudą Letter from Lady L. W tym projekcie pasowało mi wszystko. Eteryczna tancerka, jasna historia, cudowne wykonanie, orientalność ruchu, uniwersalność tematu. Mógłbym ach-ować i och-ować na ten temat jeszcze długo, ale zamiast tego zachęcę was do obejrzenia Takako na scenie jeśli będzie mieć kiedyś okazję. Warto. I na deskach teatru samemu stanąć... Ostatnim etapem stawiającym kropkę nad J słowa Kalejdoskop były projekty własne, choreografów festiwalu, podczas których przygotowywali oni aspirujących tancerzy do występu na scenie. Projekty były trzy i każdy z nich (hmmm, to w przypadku tego festiwalu stało się jak widać standardem) był od siebie bardzo różny. Współczesny projekt Anny Krysiak, hiphopowy, a może bardziej streetstyle'owy projekt Idy Jousmaki, oraz bardziej aktorski niż taneczny projekt węgierki Marty Ladjanszki. Udział w projekcie był dla mnie chyba najcenniejszą, a na pewno najprzyjemniejszą częścią festiwalu (pomimo tego, że uszkodziłem sobie podczas niego cholerną kostkę, której do tej pory nie mogę doleczyć, a minął już prawie miesiąc). Możliwość zatańczenia razem z reprezentacyjną grupą Danceoffni – Kolorami, współtworzenia wraz z Idą spójnego i atrakcyjnego spektaklu (tak, tak, współtworzenia. Ida dała nam bowiem momentami dużo swobody co zaowocowało własnymi, osobistymi i autorskimi elementami projektu), oraz występ na profesjonalnej scenie, było cennym, i dającym satysfakcję doświadczeniem. Brawa. I to by było na tyle. Kończę tą przydługawą, powstającą w bólach i dziesięciu podejściach relację z przekonaniem, że jeśli tylko będę miał możliwości i czas w przyszłym roku zapewne wrócę do Białego na kolejną edycję festiwalu. Od teraz już wiem, że Białystok to nie tylko Fair Play Crew:) ale również Danceoffnia, Kolory no i oczywiście Festiwal Kalejdoskop. Antoni Sikora
  13. Relacja pierwotnie pojawiła się na moim blogu poświęconemu tańcu i wszystkiemu co z nim związane: http://sneakersandpointes.blogspot.com Siedząc w pociągu relacji Kraków Główny – Warszawa Centralna zaczęły nachodzić mnie obawy. No dobrze, zobowiązałem się napisać reportaż z warsztatów Ragga Jam odbywających się z Laure Courtellemont 25-26 kwietnia w Warszawie ale co jeśli nie będę miał tak na prawdę o czym pisać? Ot, zrobiliśmy kilka choreografii, parę ćwiczeń poprawiających technikę, nauczycielka zwracała uwagę na to i na to. Tyle. Nie byłaby to zbyt porywająca relacja i pewnie jako odbiorca ziewnął bym dwukrotnie po przeczytaniu pierwszego akapitu i przeszedł do następnej strony. Jednak po powrocie do domu i przeanalizowaniu tego czego doświadczyłem przez te dwa dni byłem spokojny, że na brak tematów do pisania nie mogę jednak narzekać. Przeciwnie, chwyciłem się za głowę bo gdybym chciał zrelacjonować wszystko co podczas tych warsztatów miało miejsce musiałbym spisać nie artykuł, a książkę. Teraz więc największym wyzwaniem będzie zebranie najważniejszych i najciekawszym według mnie elementów programu tych dwudniowych warsztatów i spisanie ich na tyle zwięźle na ile potrafię. Okej, zatem podejmuję się wyzwania i zaczynam... Good Morning Poland Czy takie zdanie padło na początku mogę się jedynie domyślać ponieważ pierwsze 30 minut warsztatów spędziłem na dokończeniu podróży PKP wydostaniu się z labiryntu Dworca Cenralnego i dostaniu się na właściwe miejsce. Po tym jak już dotarłem gdzie trzeba przekonałem się, że Laure Courtellemont przybyła do Polski z jeszcze większym wsparciem niż ostatnio. Z Laure miałem bowiem okazję spotkać się już na poprzednich warsztatach w grudniu kiedy to również na dwa dni odwiedziła nasz kraj wraz ze swoją nieodłączna asystentką Audrey Bosc. Ta druga mimo, że pozostająca na drugim planie jest nieodzownym elementem projektu Ragga Jam. Stanowi wyraźne oparcie i pomoc dla Laure i jej obecność na Sali jest zawsze cennym elementem wzmacniającym jakość warsztatów. Z wymienioną dwójką na warsztaty przyjechały również dwie inne przedstawicielki Ragga Jam – Fatou Tera (Francja) i Vittoria Paccotti (Włochy) oraz osobisty DJ projektu Ragga Jam - SamOne, który od samego początku choreograficznej kariery Laure współpracował z nią, można więc powiedzieć, że Ragga Jam jest więc po części jego dziełem. Uczestnicy warsztatów również stanowili mix wielonarodowościowy. Była na nich bowiem para z Luxemburga, najwięksi fani Laure podążający za nią na każde europejskie warsztaty oraz tancerz z Brazylii. Warm up Po powitaniach, informacjach organizacyjnych i odnalezieniu swojego miejsca na Sali warsztaty rozpoczęły się. Jedną z większych zalet Laure jest jej ogromna charyzma i umiejętność zainteresowania ludzi zajęciami i tematami, o których mówi. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z warsztatami tanecznymi podczas których jakieś 25-30% zajęć poświęconych było… teorii. Dwa dni zajęć od 9 rano do 19 wieczorem prowadząca podzieliła w taki sposób aby intensywne i wyczerpujące fizycznie godziny przeplatały się z sesjami tematycznymi, podczas których uczestnicy mieli szanse złapać oddech jednocześnie dowiadując się więcej na temat ragga. A temat był obszerny i niezgłębiony. Przedstawicielka polskiego Ragga Jam Agnieszka Bota zadbała o materiały dydaktyczne dla wszystkich uczestników warsztatów i zanim jeszcze zaczęliśmy się ruszać każdy z nas otrzymał małe kompendium wiedzy na temat Ragga Jam. A w nim zagadnienia, fakty i hasła takie jak: Jamajka, Etiopia, Ragga, Reggae, Dancehall, Bob Marley, DJ Kool Herc, Selecta, itp. itd. Muszę przyznać, że takie podejście do tematu tańca jest dla mnie bardzo przekonujące, wyraża bowiem głęboki szacunek do tematu. Jeśli chcesz być artystą plastykiem warto dowiedzieć się czym jest impresjonizm a czym kubizm. Jeśli chcesz być wirtuozem instrumentów klawiszowych warto poznać czemu Chopin jest tak doceniany i podziwiany na całym świecie. Jeśli chcesz tańczyć konkretny styl tańca, a nie jedynie bezmyślnie wykonywać sekwencje ruchów musisz wiedzieć skąd dany gatunek się wywodzi i jaka jest jego historia. Laure wielokrotnie podczas warsztatów przypomniała nam o tym czasem większym lub mniejszym naciskiem, czasem bardziej emocjonalnie a czasem przekornie. Przypomniała nam, a raczej wypomniała, sytuację z poprzednich warsztatów, która jak twierdziła, nie dała jej spać w nocy, kiedy to po pokazaniu nam klasycznego hiphopowego kroku noszącego nazwę ‘running man’ ludzie na Sali odpowiedzieli, że krok nazywa się ‘oldschool’. Ten śmieszno-smutny przykład uświadamia nas jak mierny poziom nauczania hiphopu był \ jest praktykowany w wielu szkołach tańca w naszym kraju. Obowiązkowym elementem nauczania tancerza jazzu lub tańca współczesnego, są zawsze wszystkie pozycje klasyczne rąk i nóg, jette, plie, battement tendu i tak dalej. 90% ‘nauczycieli’ hiphopu w szkołach tańca przy fitness klubach nie zna w ogóle historii gatunku, a kroki w swoich układach kopiuje z youtube lub teledysków. Ale, ale, pozostawiam rozprawkę nad stanem polskiego hiphopu na inny i wracajam do tematu ragga jam. Podsumowując ten blok warsztatów, byłem z niego bardzo zadowolony bo wzbogacił moją wiedzę na tyle, żeby nie czerwienić się kiedy ktoś zapyta mnie co i dlaczego tańczę. Let's dance Tak jak pisałem zajęcia ruchowe przeplatały się z zajęciami teoretycznymi, jednak aby w miarę uporządkować ten artykuł nie relacjonuję warsztatów w sposób chronologiczny lecz tematyczny. Muszę przyznać, że stylistyka ragga jam Laury pasuje mi w 100%. Zawsze lubiłem dancehall , nigdy jednak nie mogłem przekonać się do tańczenia go na zajęciach, a raczej do swobodnej bujanki na klubowych parkietach. To co zniechęcało mnie najbardziej w rodzimym dancehallu to całkowite zdominowanie i sfeminizowanie tego gatunku. Kwintesencją dancehallu w Polsce to Dancehall Queen Contest, w którym 80% ruchu to shake’i i bounce kręcenie pośladkami we wszystkich płaszczyznach, czyli ta niegrzeczna, bardziej ‘derrrty’ część tańca. (Żeby nie było, wiem, że w tym roku po raz pierwszy w konkursie była również kategoria Dancehall King, nie wiem jednak jakie było zainteresowanie i poziom, bo nie byłem obecny na konkursie. Ponadto nie mam też nic przeciwko brudnej odmianie dancehallu z perspektywy widza). Kiedy więc zobaczyłem Jam Laury w zupełności pozbawiony tych elementów w formie bardziej tradycyjnej, oldschoolowej i w mojej opinii, znacznie bardziej męskiej moja radość była wielka. Myślę, że będzie możliwość zobaczenia choć części układów autorstwa Laure, Audrey i Fatu bo wszystkie rejestrowane były oficjalną raggadżemową kamerą, zapewne w celu umieszczenia ich docelowo na oficjalnej stronie projektu. Poza chorełkami, których przez dwa dni udało nam się zrobić około pięciu, sześciu wykonywaliśmy również ćwiczenia charakterystyczne dla jazzu i klasyki czyli tak zwaną ‘przekątną’. Z jednej na drugą stronę Sali przechodziliśmy wykonując określoną sekwencję dancehallowych ruchów wcześniej poznając \ podając nazwę każdego z nich. Na tym punkcie Laure była bardzo wyczulona (najwyraźniej chciała ustrzec nas przed sytuacją, kiedy to za parę lat inny nauczyciel ragga zapyta nas o jakiś krok a my z dumą nazwiemy go na przykład ‘densholem’. And stretch Zakończenie warsztatów zwieńczone było zapowiadaną wcześniej wielokrotnie i wywołującą duże emocje audycją. Podczas niej Laure miała zdecydować, kto z pośród startujących kandydatów mógłby zostać ambasadorem marki Ragga Jam i co za tym idzie być oficjalnym przedstawicielem tego gatunku w Polsce. Casting dla części startujących był czymś dobrze znanym, dla innych zaś zupełnie nowym doświadczeniem co widać było przy początkowej konsternacji niektórych uczestników. Poziom startujących tancerzy (jeśli dobrze pamiętam było ich jakieś siedem, osiem osó był całkiem wysoki, jednak poza tańcem musieli się oni wykazać także, a może głównie umiejętnością uczenia i prowadzenia zajęć, oraz – co okazało się być elementem decydującym – zgodnością metodologiczną z tą uskutecznianą przez Laure. W efekcie tego, przy moim dużym zaskoczeniu – bo miałem przynajmniej jedną faworytkę – choreografka nie zdecydowała się w tym roku na żadnego z kandydatów, zapowiadając możliwość ubiegania się o tytuł w przyszłym roku na kolejnej konwencji Ragga Jam w Polsce. W sumie można zrozumieć jej przesłanki, ponieważ jeśli jest się autorem projektu, który tworzy się i rozwija nieprzerwanie przez kilkanaście lat to traktuje się go z rozsądkiem i ostrożnością. Oczywistym jest więc, że jeśli chce się przekazać tą markę innej osobie to musi być to osoba, co do której kompetencji nie ma najmniejszych wątpliwości. Dodatkowo tytuł, który zdobywa się z wysiłkiem przynosi większy prestiż więc jeśli za rok któremuś z kandydatów uda się go zdobyć sukces tej osoby będzie jeszcze większy. See you next year Konwencja Ragga Jam odbyła się w Polsce po raz pierwszy jednak ze względu na duże zainteresowanie gatunkiem pewnym jest, że za rok odbędzie się kolejna edycja dwudniowego intensywnego szkolenia. Jeśli chcielibyście sięgnąć po więcej informacji na temat Ragga Jam dowiedzieć się czegoś o oddziałach i choreografach na świecie, o gatunku, historii, muzyce, kulturze itp. polecam poniższe strony: Oficjalny kanał YT: http://www.youtube.com/user/RaggaJamOfficial Polska strona Ragga Jam: http://raggajampoland.pl Na sam koniec chciałbym wspomnieć o osobie, której należą się wyrazy uznania za wysiłki wprowadzania Ragga Jam do Polski, która zorganizowała tegoroczną konwencję i która ma największą wiedzę na temat projektu Laure Courtellemont. Agnieszka Bota, bo o niej mowa prowadzi oficjalna polska stronę projektu możecie więc się z nią skontaktować przez stronę lub Facebooka i zapytać jak wyglądają dalsze plany Ragga Jamu w Polsce. Artykuł pojawił się również na łamach majowego wydania Trendy Magazyn. Antoni Sikora
×

Powiadomienie o plikach cookie

Używając strony akceptujesz: Warunki użytkowania, Regulamin i Polityka prywatności.